
26 02 Gawęda z Lazarem o wodzie i permakulturze [Gawędy Ogrodnicze]
18 lutego 2026
26 04 Gawęda o kursie HED dla projektantów ogrodów [Gawędy Ogrodnicze]
20 kwietnia 2026Ghana brzmi jak gotowy moodboard: słońce, zieleń, dzikość, inne myślenie. Posłuchaj o tej egzotyce, o roślinności, o słońcu i deszczu – w nowej gawędzie ogrodniczej Łukasz Kilarski opisuje to tak plastycznie, że niemal czujesz ten upał i kurz. Ale czy Afryka to w ogóle realna inspiracja dla projektanta ogrodów?
39 odcinek audycji Gawędy Ogrodnicze
Posłuchaj na swoim playerze:
Przejdź do podstrony podcastu:
Transkrypcja podcastu
J: Cześć, jestem dzisiaj z Łukaszem Kilarskim, który wrócił z Ghany. Cześć Łukasz.
Ł: Cześć Jakub.
J: No fajnie. I co powiesz, fajnie było?
Ł: No wiesz, złapałeś mnie jeszcze dwa dni, właściwie półtorej dnia po przylocie, więc może nie mam jet-lagu, ale jednak mam różnicę temperatur. Czuję jak mój organizm przechodzi przemianę z temperatury plus 33, odczuwalnej prawie 40, no na szczęście 16. Nie jest tak źle, ale już Ci zdążyłem trochę przeziębić.
J: Tak, tak, tego nie widać, ale Łukasz siedzi tutaj owinięty w kocyk i taki do siebie, do wewnątrz.
Ł: Tak, tak, tak, no jest duża zmiana pod każdym względem.
J: No dobra, może zacznijmy od tego, że opowiesz po co w ogóle tam pojechałeś, jakby o całym tle tej historii.
Ł: No tak, tak, bo tutaj wiele osób sobie myśli, że mam taką fantazję pojechać do Ghany, bo jeszcze w Ghanie nie byliśmy, że to Afryka. No to uwaga, jeśli ktoś sobie wyobraża, że sobie taki wyjazd turystyczny strzeli do Ghany, bo Ghana jest fajna, to od razu muszę naprostować, nie, zdecydowanie nie. Jeśli jedziecie tam bez celu, nie wiem, celem może być na przykład przeżycie ekstremalnych doznań i adrenalina spowodowana, powiedzmy, takim dreszczykiem emocji niepewności, jak sobie poradzimy w takich ekstremalnych warunkach, to tak, to polecam absolutnie, Ghana Wam może dostarczyć takich wrażeń.
My akurat polecieliśmy tam zupełnie przypadkowo, nie wiem, w życiu nie ma przypadków, ale byliśmy na czwartej edycji Szukalskiego, mieliśmy wystawę z Martą Muławą, Kingdom Fungi. Odsłona pierwsza, czyli lasy europejskie, ekosystem europejski, więc pokazaliśmy, jak to wygląda u nas, ta współpraca, jak sobie rośliny radzą razem z grzybami, czyli nowe królestwo.
J: Małe tło, Marta Muława, krakowska artystka multidyscyplinarna, Ty jej partner, razem tworzyliście projekt artystyczny, pokazaliście wystawę.
Ł: Tak, Marta bardzo dużo czerpie z natury, więc ja jestem tym zapleczem technicznym.
J: Skromny.
Ł: Ale też mnie to bardzo interesuje, ponieważ jest to po prostu natura, którą się zajmuje, jakby na to nie patrzeć zawodowo. No więc na tą wystawę, słuchajcie, historia jest naprawdę ciekawa, przyszedł książę Ghany. Marta w ogóle przyszła i powiedziała: Słuchaj, książę Ghany nas zaprosił do Ghany, żebyśmy zrobili to samo w Ganie na temat lasów. Ja mówię: A zaraz, moment, co to jest Ghana, jaki książę, o czym ty do mnie mówisz, nie?
Okazuje się, że Wojtek Zaremba, Polak, od 12 lat jest tam w Ghanie i kieruje firmą, która robi olej palmowy, ale taki ekologiczny, pozyskiwany z takich lokalnych farm dla niemieckiej firmy, produkując z tego głównie kosmetyki. Ale Wojtek Zaremba jest filantropem, przede wszystkim artystą, fotografem i to jest chyba jego odskocznia od zawodowej pracy. Zrobił sobie tam bardzo dobre znajomości w Ministerstwie Kultury, w Muzeum Narodowym w Ghanie.
No i nas zaprosił, żebyśmy zrobili Kingdom Fungi odsłona Ghańska, czyli mamy pojechać do dżungli, wyeksplorować tą dżunglę i z tego wszystkiego, co nam znajdziemy w ciągu miesiąca zrobić w Muzeum Narodowym na ekspozycję zmienną wystawę o dżungli. Więc nic o tym nie wiemy, zaczynamy czytać, studiować, zaczynamy robić obrazy, jakiś trzon wystawy jednak, żeby coś tam przywieźć.
No i to są właśnie te emocje. Nie wiadomo, co tam zostaniemy. Czytamy różnie skrajne rzeczy, różnie skrajne filmy oglądamy, od ubóstwa do przepychu, że natura w tym okresie to jest pora sucha, więc tam nic nie znajdziemy, albo, że trzeba bardzo uważać. No i z takim nastawieniem pojechaliśmy. Nie wiadomo, co tam zostaniemy.
J: No bo termin wyjazdu to był luty, marzec. Teraz wróciliście 9 marca.
Ł: Tak, byliśmy praktycznie od 8 lutego do 8 marca. Przez dwa tygodnie robiliśmy w rezydencji u Wojtka, świetne warunki, dzielnica willowa, w ogóle nie jak Ghana, więc klimatyzacja, duża przestrzeń, różne strefy, sobie porobiliśmy pracy. No i pojechaliśmy do dżungli zobaczyć, jak ta dżungla wygląda, czy tam w ogóle coś znajdziemy. Czy to wyjdzie naprzeciw naszym oczekiwaniom.
Pozabezpieczani, bo się okazuje, że tam jest czarna mamba, która atakuje z ziemi, więc wysokie buty, stóp tuty, w ogóle zabezpieczeni na wszelkie możliwe sposoby. Specjalne dwa różne rodzaje do odzieży, impregnaty, psikamy się tym wszystkim. Do skóry czapki z kołnierzami, żeby ci jakieś kleszcze nie wpadły. Zawieźli nas do tej dżungli. Dobre warunki, pick-up czteroosobowy, Toyota, klimatyzacja, więc te bezdroża offroady całkiem nieźle znieśliśmy.
Po trzech godzinach jazdy kierowca się zatrzymał i mówi, to jest tu. No więc wysiedliśmy, ubraliśmy się, jakbyśmy co najmniej wychodzili w przestrzeń kosmiczną. Popsikaliśmy się, wyciągnęliśmy piłę. Podchodzę z krawędzi tej drogi szrutowej do ściany zieleni i mówię tak: Jap-, tu po prostu nie ma opcji wejść. Jeśli wsadzę tam nogę, to ja nie wiem, czy ją wyciągnę. Nie wiem, czy wpadnę do jakiejś dziury, czy przepadnę, więc nawet nie próbuję. No i idziemy do kierowcy i mówię, słuchaj, musimy jechać dalej, bo tu się nie da wejść. Może jakby był spychacz i zrobił nam jakąś drogę do tego lasu, bramę do lasu, to okej.
J: Tak gęsto było.
Ł: Tak było gęsto, od samej ziemi. Słuchajcie, pora sucha, wilgotność dziewięćdziesiąt parę procent. To jest jak w saunie, jak nalejesz w saunie wody, to nagle, możesz mieć saunie sucho i temperaturę sto stopni na termometrze, ale jak polejesz wodę, to nagle wszystko zaczyna się gotować. Dokładnie ten sam efekt.
Więc trzydzieści trzy stopnie, to tam była w sumie najchłodniejsza w dzień temperatura, ale odczuwalna trzydzieści osiem. Jak było trzydzieści sześć, odczuwalna była powyżej czterdziestu. Indeks UV najwyższy możliwy, tam jedenaście, nie znam się na tym, ale tam ostrzeżenia były na pogodzie, że to i tamto.
W każdym razie mówimy do kierowcy, słuchaj, musimy znaleźć jakieś inne miejsce, bo tutaj nie wejdziemy. No, słuchajcie drzewa sześćdziesiąt metrów wysokości. No nic, dobra, pojechać dalej. Jest jedno drzewo walnęło na drogę. No dobra, tutaj jest dziura, jest brama do lasu. Wychodzimy stamtąd z tego samochodu, znowu się ubieramy w te wszystkie kaftany razem z Martą.
Ustalamy zasady bezpieczeństwa, jedno patrzy na drugie, trzeba patrzeć pod nogi, czy tam węża gdzieś nie ma. Najlepiej tupać kijem, trzeba sobie uciąć kij na początku, walić tym kijem dookoła wszędzie. No i z wierzchołka tego drzewa nagle ucięliśmy bardzo ładny jakiś kwiat z liśćmi, z nasionami. To jest jedna z naszych rzeźb, którą tam zostawiliśmy, bardzo kolorowa zresztą.
No i weszliśmy tam, weszliśmy do tego lasu, ja się patrzę, a tu po drzewach kapokowcach, takie charakterystyczne korzenie płaskie, wijące się jak gotyckie elementy. A tam łażą po tych drzewach skolopendry, takie 15 centymetrów, to są jadowite rzeczy. No więc trzeba uważać, to też łazi w tym poszyciu leśnym, więc trzeba tupać.
Marta od razu z piłką ręczną, ja z piłą łańcuchową, Marta z tą piłką ręczną zaczęła z stup tuty otrzepywać, bo ją oblazły jakieś mrówy duże. No i uciekliśmy stamtąd na drogę, wpadliśmy do tego samochodu klimatyzowanego i mówi do kierowcy, że potrzebujemy czasu, żeby ustalić strategię co teraz.
Kierowca chyba wyczaił sprawę, bo zawiózł nas do jeszcze innego miejsca, gdzie miejscowi mieli tam kokosy, na przykład maczetą obcinane, tam można się było napić, był punkt.
Tam w ogóle co chwilę jest taki posterunek policji. Szlabany, na normalnej takiej drodze, jak u nas się wjeżdża z Krakowa do Wieliczki, z Wieliczki do Gdowa, to tam wszędzie są szlabany, policja cię zatrzymuje. Nic takiego się nie dzieje, po prostu oni to robią, bo tak mają.
Podobno ghańczycy muszą mieć pracę, więc porozdzielali, poznajdowali im takie miejsca, a jednocześnie też wiadomo, że przestępczość jest mniejsza, no bo nie ma jak. No w każdym razie podjechaliśmy pod ten posterunek i patrzymy się tam faktycznie jakieś wioski, ci ghańczycy chodzili ze wszystkim na głowie oczywiście, bo to tak u nich wygląda transport. Zastanawialiśmy się, dlaczego oni noszą wszystko na głowie.
A oni mówią, a co ty w rękach nosisz? No tak. No i masz zajęte ręce? No tak masz zajęte ręce, to jest niebezpiecznie, bo nie możesz się, wiesz, opędzić, czy gdzieś trzymać kija. Tak jak masz wszystko na głowie, mają taki toczek z materiału, no i noszą wszystko na głowie i sobie tam idą z tego lasu.
J: To wymusza prostą postawę na pewno kręgosłupa w takim razie.
Ł: Tak, tam w ogóle handel uliczny wygląda w ten sposób, że są korki, no i wszystko jest tam, czyli banany prażone bardziej i mocniej, woda schłodzona tak, że jak otwierasz to nagle lód się pojawia w środku, to wszystko noszą na głowie. Pałeczki do uszu, nawet tablety sprzedają w ten sposób. Jajka, no po prostu wszystko. Tak u nich wygląda handel, więc samochodu tylko otwierasz, jak coś ci pasuje, machasz ręką i to kupujesz. No więc poszliśmy tą drogą do tej wioseczki i tam od razu się rzuciłem na małpie drabiny.
J: Co to znaczy? A, na liany.
Ł: Na liany, tak, bo bardzo chcieliśmy pozyskać parę takich elementów prawdziwych na tą naszą wystawę, oprócz tego, co przywieźliśmy z Polski. Bardzo nam zależało, żeby jednak coś tam zaistniało takiego naturalnego, więc zacząłem ciąć te liany. No i udało nam się, dosyć łatwo istotnie, chociaż to było bardzo grube i podkręcone. Więc z tej pierwszej wyprawy, wbrew pozorom, trochę przywieźliśmy tym pick-upem do środka.
No, ale tak, natura absolutnie nas nie rozczarowała, wprost przeciwnie, rzeczywiście było grubo. Potem wróciliśmy z tej rezydencji. Okazało się, że Wojtek Zaremba ma tam fantastyczny ogród, dużo bananowców, bardzo dużo drzew kokosowych. Odkryliśmy, że te elementy, na przykład te kwiatostany z kokosami, z młodymi kokosami są bardzo ładne, ciekawe. Zrobimy z tego też fajne rzeźby.
Zaczęliśmy eksplorować jego ogród i wieczorem dzwoni i mówię – Wojtek, słuchaj, wszystko tutaj masz na tym ogrodzie, więc nawet do tej dżungli nie musimy jechać specjalnie. No oczywiście chętnie pojedziemy, poinspirujemy się, zobaczymy, jak więcej tej natury w Ghanie, ale generalnie, jeśli chodzi o stojaki, to nie żaden tam złom, jakieś druty, niedruty czy pręty, tylko po prostu liście tych palm kokosowych.
Wojtek mówi – dobra, spoko, wiesz, tylko tam, żebyście mi wszystkich palm nie wycięli. A jak już tak mówisz, że pracujecie u mnie w ogrodzie, to musicie bardzo uważać, po pierwsze tylko w dzień, po drugie jeszcze więcej hałasu niż w dżungli, bo akurat te jadowite węże, one są płochliwe, zwłaszcza w dżungli są płochliwe, bo to są dzikie węże. Ale u mnie w ogrodzie jest zielona mamba, to wiem na pewno. Kiedyś tam poszedłem, myślałem, że to szlauch wisi, to był wąż.
Ja mówię – no ale jak zielona mamba, to chyba nie czarna, czyli nie jest taka jadowita. On mówi – no wiesz, to se poczytaj, bo mi się wydaje, że jednak jest jadowita. No to od razu bach, tutaj Google zielona mamba. Tak, różnica jest taka, słuchajcie, jak nie masz surowicy, idzie duży osobnik, ugryzie czarnej mamby, która pełza po ziemi, czyli skacze do kolan. Jak nie może uciec, no to wtedy atakuje oczywiście. No to się 20 minut, tyle masz czasu, jak nie masz surowicy.
Zielona mamba, w przeciwieństwie do czarnej, siedzi na drzewie. Jest całkowicie zielona, jak te liście bananowca. Siedzi na drzewie i jak nie może uciec, albo ty chcesz wyjść na to drzewo, to ona po prostu skacze na ciebie z drzewa, więc ładuje cię od razu w szyję albo w twarz. No więc masz jakieś 15 minut, jak nie masz surowicy.
J: O jezu.
Ł: Ja byłem, pierwszego dnia po prostu chodziliśmy w nocy po tym ogrodzie. No to potem jak szliśmy do tego ogrodu, to ja najpierw piło odpalałem, robiłem kupę hałasu, waliłem po wszystkich drzewach kijem, dopiero potem właziłem na drabinę, żeby uciąć fajnego liścia na stojak pod rzeźbę. Tak, to trochę nas Wojtek zmartwił.
Pierwszy dzień idziemy do sklepiku, bo widziałem po drodze sklepik, czyli szczęki, jakiś taki metalowy blaszak i tam widziałem, że ma ktoś jajka i pomidory. No to Marta mówi, że to najwyżej pójdziemy do miasta, bo tam trochę dalej. Ja mówię, no a jak myślisz, ile nam dajesz na zewnątrz takiego spaceru? Marta mówi, no tak pół godziny spokojnie. Nie, nie, Marta powiedziała, że godzinę. Ja powiedziałem, że pół godziny. Wróciliśmy po 15 minutach.
J: Zlani potem?
Ł: Nie, po prostu pierwszy raz nie dał dalej, to była masakra.
J: Szok.
Ł: To był szok termiczny totalny, po prostu byliśmy tak mokrzy, jakbyśmy wyszli z morza. Ta wilgotność jest ogromna, to jest niesamowite.
J: Ale po miesiącu byliście bardziej przyzwyczajeni?
Ł: Tak, po miesiącu już tak. Samą wystawę, którą potem montowaliśmy, dojechała druga połowa naszego teamu, czyli Andrzej Kaczor z Gabą Porabik, którzy mają tam swoje autorskie torebki i tak dalej, przywieźli nam całą masę rzeczy, bo się okazało, że tam nic nie ma. Byliśmy gotowi na szczęście. Powiedzieliśmy w tym muzeum, że tutaj chcemy kołki wiercić do sufitu, a tu chcemy do ściany, a tu do drewna. Chcemy to wszystko powiesić, zawiesić, zamontować. Czy możemy?
Gość tak się patrzy na nas i mówi, ale macie te kołki, nie? Na szczęście kupiliśmy to w Castoramie przez internet i oni nam to przywieźli. Oni nawet jednego Spaxa nie mieli, nic, zero. To jest niesamowite, żadnych narzędzi. W ogóle przywieźliśmy z sobą elektronarzędzia Makity z bateriami.
J: A ta piła to twoja była?
Ł: Tak.
J: Myślałem, że dostaliście tę na miejscu.
Ł: Nie, Wojtek mówi, słuchaj, ja tu mam potężną firmę, to jest naprawdę duża firma, zatrudnia ileś tam set osób. Tutaj jest dział złomu, to narzędzia na pewno się znajdą. A potem jak mówię sobie: To może jednak weźmiemy swoje, bo już takie na baterie mamy. A to weźcie. No i potem jak zwiedziliśmy tą firmę, no to owszem, firma jest potężne, maszyny duże, przemysłowe, ale tam żadnej piły nie było, ani wiertarki, ani szlifierki.
J: Spawarki były.
Ł: Spawarki, tak. I takie duże, potężne piły na prąd. Nie do rąk.
J: Nie do dżungli.
Ł: Nie do rąk, tak. W ogóle ten kraj jest w takiej dziwnej fazie, on i teraz mają tak zwane wielkie pchnięcie, budują wszędzie autostrady, więc jak się jedzie, to praktycznie widzi się ciągle gruzowiska, bo wszystkie samowolki, które były wzdłuż drogi, tych sklepików, one są po prostu wyburzane. Najpierw zobaczyliśmy, że cała masa domów ma jakieś krzyżyki, trochę jak opowieść biblijna o Izraelu, że tam będzie pomór na pierworodnych, co to jest.
J: Wyburzanie.
Ł: Tak, czas GPT powiedział, że te wszystkie krzyżyki, to są domy do wyburzenia. Faktycznie wioskę dalej, czy miasteczko dalej, wszystko było już wyburzone i faktycznie robili już dwukierunkowe, znaczy po prostu normalne, regularne autostrady mają robić. I oni to robią teraz, w tym roku dokładnie. Jest taka ustawa, że to ma być wielkie pchnięcie dla Ghany, więc Ghany, którą myśmy widzieli, być może za pięć lat już tej Gany nie będzie.
J: No w ogóle powiedziałeś, że dzielnica willowa nie jak Ghana, czyli jaka jest taka regularna Ghana?
Ł: Bardzo duży hałas, wszystko się dzieje wzdłuż ulicy, wszyscy coś mówią, pomijam w ogóle fakt, że biały człowiek tam jest ewenementem. Myśmy widzieli tyle białych, poza stolicą to może pięcioro, a zwiedziliśmy trochę tego, całe wybrzeże.
J: Na miesiąc czasu pięcioro białych, no to nieźle.
Ł: I przepraszam, troje Polaków z Lublina na misji. Oprócz tych troje Polaków to było pięcioro białych.
J: W sensie misjonarzy?
Ł: Tak, z misją. Generalnie Ghana jest kolorowa, wesoła, bezpiecznie jest pozornie, bo tam jest osiemdziesiąt procent chrześcijan, zielonych świątkowców głównie, ale są różne odmiany kościołów, więc powinno być bezpiecznie. Nie jest tak do końca bezpiecznie, bo biały człowiek jednak w ich rozumieniu jest kimś, kto im zrobił dużą krzywdę i oni tak jakby od dziecka raczej są wychowywani, że białego skroić to jest zrobić coś dobrego.
Oczywiście nie, że zabić, ale ceny są trzy razy wyższe dla białych i wcale się nie dziwię. Aczkolwiek jak popatrzyłem na średnią krajową Ghańczyka to jest 1000 tysiąc złotych, a wszystkie ceny, które myśmy płacili gdziekolwiek, nieważne czy na stacji benzynowej czy gdzieś, to są ceny takie jak w Polsce albo droższe. Poszedłem po jajka, pomidory i na przykład chleb i cebulę. No i zapłaciłem tyle, co bym zapłacił w takim lepszym polskim sklepie.
J: Okej, no to w takim razie może lokalsi tam nie kupują.
Ł: Od razu chciałem sprostować, tak lokalsi nie kupują, bo nie ma takiej potrzeby, oni mają swój ogród, swoje papaje, swoje mango, oni sobie coś tam wyhodują, a jeśli kupują, lokalsi na pewno mają inną cenę w tych sklepikach. A z kolei w tych sklepikach, takich marketach, o ile jest to na przykład w takiej Odzie, duże miasto, to był tylko jeden supermarket, który miał drzwi szklane, że można było wejść.
Klimatyzacji tam nie było, były wentylatory. Myślałem, że jest klima, ale tu wentylator nade mną pracował, taki okrągły, więc myśle, o kurcze, to aż tak jestem zlany potem, no tak, jestem cały mokry, mogę wykręcić koszulkę, tak kapie ze mnie w tym sklepie. No natura jest tam absolutnie piękna, ale trzeba wejść trochę głębiej do tego lasu.
J: No, ale jak już wejdziesz głębiej, rozumiem, że ten jakby mur tego zbitego gąszczu, on jest na krawędzi lasu, no bo tam jest najwięcej słońca, natomiast jak już wejdziesz głębiej, to już możesz chodzić.
Ł: Tak, tak, tak, jak wejdziesz głębiej, to już możesz chodzić swobodnie, w sensie takim, że nie ma tego pierwszego piętra, jest ściółka, ale też jest dużo zwalonych takich pniaków, bambusów, więc trzeba też uważać, bo pod twoimi nogami możesz okazać, że jest jakaś przestrzeń, dziura, i tam sobie siedzi taka mamba i odpoczywa czarna.
Czarna mamba dlatego, że to nie jest czarny wąż, on po prostu jak otworzy paszczę, to ma czarne wszystkie te podniebienia, ale jak zobaczysz coś takiego, to znaczy, że już jest za późno. O kurde. Bo to wtedy atakuje.
J: To już leci na ciebie.
Ł: Tak, jak otwiera, to atakuje, więc na pewno zaatakuje, więc za późno jest. Lepiej nie sprawdzać jaki to wąż, lepiej od razu uciekać.
J: Co poza tym było, powiedziałeś, że ekstremalnie. Co jeszcze było ekstremalne?
Ł: Z takich fajnych rzeczy ekstremalnych to był Kokum Park. Kokuma Park? Już nie pamiętam, jak się nazywa. Jakub sprawdzi, to napiszę wam tam w opisie. Ja nie mam, do tych nazw mam dysleksję, więc mogę coś przekręcać, ale w opisie poproszę Jakuba, żeby tak, żeby tam.
J: Jasne dobra
Ł: No i to był taki park, las deszczowy, słuchajcie, drzewa 60 metrów wysokości. Jak się tak mówi o metrów, no mój jesion tutaj, nasz jesion na naszym ogrodzie ma 30 metrów, no to dwa razy wyższe, niektóre mają nawet 80 metrów. I na 40 metrach jest zawieszony ten park linowy, czyli się chodzi takimi pomostami. Na 40 metrach.
To jest bezpieczne, bo te siatki są do wysokości głowy. Są takie aluminiowe drabiny na tych drabinach wąskich. To jest jednokierunkowe. Tam się nie miniesz. Są deski. Chodzi się po tym stosunkowo swobodnie, chociaż jak siedzisz na środku i coś zaczyna bujać, no to jak ktoś ma lęk wysokości, to nie polecam. Ale tak, jak się popatrzy w dół, to nie widać ziemi, bo oczywiście tam są te piętra, tej zieleni.
I no to jest duże przeżycie, bo ponad nami jeszcze jest 20 metrów, pod nami 40. Byle dość od drzewa do drzewa. A między drzewami to jest jakieś tam 80 metrów na przykład tej liny, znaczy tego pomostu. Ty się tak trochę czujesz jak na filmach Indiana Jones. No i tam oczywiście w tych parkach można sobie wziąć przewodnika, żeby robić zdjęcia. Najpierw nam powiedzieli, że jak chcemy profesjonalne zdjęcia robić z naszymi tymi batikami, bo chcieliśmy sfotografować nasze batiki, obrazy na tych wiszących linach, no to powiedzieli, że to trzeba zapłacić tam trzy tysiące tych ghańskich cedi.
No ale jak powiedzieliśmy, że jesteśmy tu artystami, że artyści pro bono i w ogóle i tak dalej, że my to zostawiamy w Muzeum Narodowym jako dar dla Gany, no to nam pozwolili filmować tam w ogóle gratis. Poprosili, że chcą to też udostępnić. Więc sobie tam zrobiliśmy całkiem niezłą też sesję fotograficzną. No i takie coś zajmuje jeden dzień. Jest bardzo gorąco, więc trzeba naprawdę dużo, dużo pić.
Następnym takim fajnym miejscem, bardzo ekstremalnym, ale turystycznym, znaczy turystycznym, to jest prawdziwe miejsce, Nzulenzo. To jest właściwie takie rozlewisko, jak rzeka dochodzi do morza i się rozlewa i tam jest ciekawy lud, który wędrował przez kilkaset lat od tam z północnej części Afryki, z Burkina Faso. Oni tam mieli do wyboru albo walczyć, albo zmienić miejsce, więc nie chcieli tam specjalnie walczyć, nie chcieli się wykrwawiać. Powiedzieli, dobra, to my sobie idziemy szukać swojego miejsca. No i tak szukali przez kilkaset lat.
Z terenów pustynnych praktycznie, z takiej sawanny, gdzie nie ma drzew. Wpadli właśnie w te lasy deszczowe. Potem przyjechali, patrzą się a tu jest roślinność, woda, busz, dżungla. Zupełnie nie ich środowisko, ale stwierdzili, że jest fajnie, bo tak łatwo zgasić pożar i łatwo zbudować coś zrobili. Słuchajcie, zrobili ghańską Wenecję, czyli wszystkie domy są na palach.
To jest cały czas ta rdzenna ludność, która przyszła, napływowa. To coś jak Izraelici chodzili po pustyni 40 lat, a ci chyba łazili kilkaset lat i w końcu znaleźli swoje miejsce i zaczęli budować na palach swoje domy. Tam są normalnie uliczki, jest główna ulica, jest kościół. Są jakieś tam zbiorowe prysznice w ogóle na końcu tej całej uliczki. Mają cmentarz, mają swoją tam taką platformę do pogrzebów i żyje ich tam 600 osób.
No i oni zgadzają się na to, żeby turyści przyjeżdżali i na to patrzyli, dlatego że mają też bardzo rozbudowaną szkołę w ogóle z komputerami. To jest bardzo dziwne. Ciekawie to wygląda, bo to jest naprawdę taka średniowieczna wioska i są nagle sala z komputerami. I oni, żeby uczyć swoje dzieci, to zgadzają się na to, że po pierwsze pracują trzy dni w tygodniu gdzieś tam na jakichś farmach poza tą swoją dużą wioską na Palach. Przyjmują turystów po to, żeby zarobić na naukę swoich dzieci.
W ogóle edukacja w ganie dzieci jest niezwykle ważna i myśmy się zastanawiali, jak to możliwe, że ci ludzie, których widzimy na ulicach, w dżungli, w tych domach zbitych z kilku desek, nagle mają dzieci w mundurkach, które chodzą do jakiejś szkoły. Te dzieci są, przede wszystkim są śliczne. Bardzo dziwnie, to jest taka przepaść między tymi dziećmi a ich rodzicami. Do teraz nie mogę ustalić, czy tak mają od dawna, czy to teraz się tak zrobiło, ale praktycznie dzieci są dla nich najważniejsze, więc robią dla nich wszystko.
J: Świetnie. Pada często, dużo. Na filmach, które wysyłałeś widziałem takie kanały deszczowe, które krokodyla można byłoby tam puścić, by go nie było widać.
Ł: Tak, tak. W porze deszczowej, myśmy byli w porze suchej, więc padało tylko dwa razy.
J: Dwa razy na cały miesiąc?
Ł: Tak.
J: Aha, to nie tak często.
Ł: W porze suchej.
J: Rozumiem.
Ł: Ale w deszczowej to pada tak, że te kanały podobno i tak nie przejmują całej wody. Ale tak jakbyś wszedł do tego kanału, no to spokojnie możesz za tym kanałem iść. On jest mniej więcej do wysokości, no po pachy.
J: Po pachy? Ja myślałem, że do pasa. O kurczę.
Ł: No do pasa czasami, czasami po pachy. To zależy gdzie.
J: No, rozumiem.
Ł: Tak, ale to są ogromne kanały i one mają przejąć, resztą widać.
J: Przy ulicach zwykle, jak nasze korytka odpływowe, to oni mają takie.
Ł: Tak, tak. Aquaselfy, tak. No, są bardzo duże. To faktycznie tam, no to jest klimat podrównikowy, nadrównikowy, bo tak to wygląda, to jest nad równikiem. No i faktycznie ta pora deszczowa tam podobno jest ekstremalnie mokra.
J: No i to wszystko odpływa za wioskę, tak jak pokazywałeś. Jakieś rozlewiska są po prostu.
Ł: No, za naszą tą dzielnicą willową było takie rozlewisko, gdzie chcieliśmy pójść do lasu, ale się nie dało przejść, bo ten las już był pod wodą, chociaż to był dzień po deszczu. Znaczy był świetny dzień po deszczu w nocy.
J: Zastanawiałem się, jak ty ciąłeś to twarde drewno, bo drewno afrykańskie przecież…
Ł: Nie jest twarde.
J: Nie jest takie twarde? Niektóre gatunki tylko.
Ł: Niektóre gatunki, bo małpia drabina, gdzie powiedzmy jest grubość tego jak przedramię, no to normalnie ucięto piłką. To ma bardzo dużo wody w sobie. Tak samo zrobiliśmy stojaki z liści palmowych. Trytytkami je powiązaliśmy, dawaliśmy wygięte w drugą stronę, żeby przeciwdziałać potem wyginaniu się. Jak to wszystko zawiesili do muzeum, po tygodniu przejechaliśmy, to trzeba to było wzmacniać, trytytki wymieniać na nowe, bo to wszystko zaczęło schnąć z tej wody i się kurczyć i się krzywić.
Ale udało nam się to ustabilizować. Są też gatunki drewna, które są bardzo twarde i powiedzieliśmy kierowcy, słuchaj potrzebujemy ćwiartki z drewna, żeby to był obciążnik do naszych witaczy, do tych rzeźb. No to pojechaliśmy do niego, jechaliśmy ulicą i ja mówię, o stop, to jest właśnie ten pniak. Dwa takie pniaki, potnijmy to na cztery części. Każdy z nich. Mamy ćwiartkę, tam sobie wsadzimy po dwa wkręty z castoramy polskiej, będziemy mieć regulację odchylenia tego.
No i on mówi, no to tu masz piłę, wyciągnął moją piłę, tą akumulatorową, to sobie to przetnij. Ja mówię, stary, to ja mogę zaznaczyć jak ciąć. Musimy znaleźć gdzieś tarta, który to potnie teraz, ten pniak. No i jak zacząłem to znaczyć, to się okazało, że moja piła nawet nie jest w stanie zaznaczyć tego drewna, takie to było twarde. No i on potem szukał tartaku, który to przetnie.
Jeden nam odmówił, wyładowali, powiedzieli, dobra, spoko, przetniemy, nie? Pod czym jednak powiedzieli, że jednak nie, bo oni takim twardym drewnie nie robią. Po czym zawieźliśmy to do drugiego tartaku i tam gość wyciągnął taką dużą piłę i to bardzo ładnie przeciął. No i zapłaciliśmy u jednych trochę, u drugich trochę. No nie wyszło tak źle drogo, ale mieliśmy to zrobione.
Tak trochę jak Krecik kiedyś spodnie robił, że latał z materiałem do tego, do tego, do tego. W końcu miał to co chciał, więc łatwo tam nie jest pod tym względem. Wymyślić coś to jest jedna rzecz, a zrealizować to jest druga rzecz.
J: No to też małe słówko na temat w ogóle technik, którymi operujecie, bo przywieźliście ze sobą wielkie bagaże tego, że tak powiem, tworzywa twórczego. Z jednej strony silikony, dzięki którym robicie odlewy i robiliście tam właśnie z tych naturalnych, dziwnych owoców, kory i innych części odlewy, a później odlewaliście to z acrylic one, czyli z takiej bardzo twardej masy.
Ł: Tak, no tu rzeczywiście mieliśmy bardzo duże wsparcie. Sponsora, od którego zwykle kupuję materiały i na którego materiałach pracujemy. To są silikony, to są specjalne masy do efektów specjalnych filmowych, gdzie można coś szybko sobą wmieszać, odcisnąć albo silikon nałożyć i ściągnąć.
Dlaczego? Dlatego, że bardzo niebezpieczne jest przywozić rzeczy z takich krajów egzotycznych, bo można sobie zapłacić na przykład za przywiezienie rafy koralowej. Na przykład, nie wiem jak jest z rzeczami z lasu, to jest interpretacja celnika, więc tego się nie dowiesz tak naprawdę.
J: Póki ci nie wyjmą z bagażu i powiedzą, że nie wolno.
Ł: Póki nie wyjmą z bagażu, na przykład w Balicach na lotnisku, w Krakowie. Proszę pana, 12 tysięcy złotych kary plus koszty odwiezienia tego i wsadzenia do morza z powrotem. Tak, no i tak to wygląda, więc strach. No a tutaj jednak mimo wszystko chcemy pokazać w Polsce nasze osiągnięcia, więc te silikony są dla nas bardzo ważnym materiałem.
I tutaj sponsor nam to wszystko zapakował, 45 kilogramów. Wysłał nam to bezpośrednio od producenta z Holandii, czyli polski przedstawiciel załatwił z producentem z Holandii. Złożyli się, wysłali to do Ghany.
J: A, okej, do Ghany wysyłali to, z tym nie musieliście jechać.
Ł: Bezpośrednio, bezpośrednio pod adres, bo przewiezienie tego to po prostu jest niemożliwe. Takich dużych ilości w bagażu podręcznym. Tak, no i okazuje się, że tam w Ganie na powiedzieli, słuchaj, są tutaj towary do odbioru, ładnie przejechały na miejsce, ślicznie spakowane, 700 dolarów cła i opłat trzeba zapłacić.
Więc, no cóż, chwała Bogu w ogóle, dzięki temu sponsorowi, że to wszystko wysłał na swój koszt, bo i transport kosztował, i te materiały kosztowały kupy pieniędzy. A oprócz tego, gdybyśmy to kupili, przewieźli za dodatkową opłatą, to jeszcze i tak byśmy zapłacili cła, a też nie wiadomo, co by to w ogóle przeszło przez bagaż nadawany lotniczy.
J: A wszystko wykorzystaliście?
Ł: No, przywieźliśmy w postaci silikonowych form. To jest nasz kapitał stamtąd. Przywieźliśmy całą jedną walizkę, która ważyła dwadzieścia parę kilogramów. No i przywieźliśmy chyba jakieś silikony, jak acrylic one, co nam zostało. To może przywieźliśmy tego trzy kilogramy, więc myślisz, że jakieś dwadzieścia kilogramów zostało na miejscu, bo po prostu robiliśmy tam na miejscu też odlewy.
J: No tak, no tak. To jaka ciekawa w ogóle historia, że nie zabierasz rzeczy, tylko zabierasz odlew i później możesz go powielać.
Ł: Co odbijaliście?
Ł: To było bardzo dziwne, bo na przykład odbijaliśmy kawałek drewna, który okazało się po trzech dniach chodzenia i jeżdżenia po dżunglach w takim sklepiku, gdzie kupowaliśmy jajka. Dosłownie siedem minut drogi od willi Wojtka jest park. Właściwie park jest środkiem potężnego ronda. No i tak sobie poszliśmy na tę rondo, przeszliśmy, wychodzimy na ten sklepik i Marta się potknęła o kawałek drewna.
Odwróciliśmy to drewno. Kurczę, normalnie wyglądało jak pomieszanie hiszpańskiej tancerki z blaszkami grzybów. A że my robimy kingdom fungi, no to kurczę, to jest dokładnie to, czego szukamy. Co mi trudno wyobrazić, że z dżungli coś takiego byśmy wynieśli.
Ponieważ to zostało jako dar, w ogóle wszystkie nasze rzeźby, obrazy itd. zostały jako nasz dar dla Muzeum Narodowego w Ghanie, bo to jeszcze ma cztery wystawy zrobić w różnych miejscach, w różnych miastach Ghany w tym roku. No to odcisk z tego był absolutnie konieczny dla nas, żeby to był taki skarb, nie artefakt przywieziony stamtąd.
Ale niesamowite, że potknęliśmy się o coś, co leżało na drodze, a nie w dżungli. Z dżungli wzięliśmy też bardzo ładny odcisk liścia. Ogromny. Marta ma te swoje liście twarze, więc to też jest egzotyczne, bo ma bardzo ładne żyłki. To jest fajna struktura. No i jeszcze kilka na przykład o kopca z termitów przecięliśmy. Nie wiedzieliśmy, co to jest. Nigdzie nie widzieliśmy czarnego kopca.
W ogóle jest forma w lesie, tak? No więc Chat gpt mówi, to, co tutaj jest, to jest najprawdopodobniej omszały wypalone słońcem głaz w środku lasu. No dobra, mówię, no to jak głaz, to spróbujmy to przeciąć, tak? Mi to nie wyglądało na głaz.
No i mówię do Marty, słuchaj, zrobiliśmy tutaj ścieżkę piłą, żeby uciec z tego miejsca, jak coś wylezie z tej czarnej góry, tak? Wziąłem piłę, odciąłem kawałek i odskoczyłem. Bo nie wiadomo, co wyskoczy. No ale nie ma nic. No to wzięliśmy ten kawałek. Nagle z tego kawałka zaczęły wylatywać czarne muszki, ale tysiące tych czarnych muszek.
No ponieważ mieliśmy specjalne rękawiczki z koziej skóry, w razie tej czarnej mamby, no wzięłem tymi rękawiczkami, pobiegliśmy na jezdnię, zostawiliśmy, żeby te muszki stamtąd się wyleciały i pojechaliśmy w inne miejsce z kierowcą, że w drodze powrotnej to odbierzemy.
No więc mamy odcisk praktycznie przekroju kopca. Okazało się, że są to leśne termity, bo tych gatunków termitów jest nieprawdopodobna ilość. Są takie, które budują potężne kopce z gliny, wyższe niż człowiek, czasami dwa razy wyższe niż człowiek. Są takie, które budują właśnie te czarne, leśne kopce, bardzo rzadkie, nam się udało dwa tylko zobaczyć.
I są, bardzo dużo jest takich terminów drzewnych, które idą na drzewie, budują sobie tunel na drzewie, chyba żeby ich ptaki nie wydziobały, no żeby ta droga była dla nich bezpieczniejsza. Ciekawe, nie? Mają swoje autostrady. No i na drzewie są tak jak gniazda, nieraz os, czy tam szerszeń, to są gniazda termitów.
J: Nieźle. A grzyby?
Ł: Grzyby są w porze deszczowej i to są grzyby, które są hodowane przez termity. I owocniki nawet mogą mieć do metra średnicy.
J: Okej, ale nie było ich, bo byliście w porze suchej.
Ł: Były bardzo malutkie, to była pora sucha i to ghańczycy czasami sprzedawali właśnie na ulicy z głowy. Jakoś za małe były, żeby nas zainteresowały. W ogóle ciekawa sprawa, bo myśmy tam pojechali eksplorować lasy, dżunglę i zobaczyć jak tam wygląda współpraca grzybni, czyli jaką pełni rolę grzybnia.
Co się okazuje? Okazuje się, że zupełnie przez przypadek to zaproszenie do Ghany przez Wojtka zbiegło się z tym, że Ghana ma jeden z najbardziej rozbudowanych tych ekosystemów z grzybami, gdzie ta grzybnia ma ogromne znaczenie w tych lasach deszczowych Ghany, a jednocześnie jest jedną z najbardziej zagrożonych, zwłaszcza na wybrzeżu, przy tych lasach mangrowych.
J: Dlaczego?
Ł: Mikroplastik.
J: I tak szkodzi grzybom?
Ł: Szkodzi grzybom, no.
J: W jakim sensie szkodzi?
Ł: Ja dużo czytałem przed wyjazdem do Ghany na ten temat, nie będę się w te naukowe, to sobie każdy może przeczytać, jest taka organizacja, nazywa się Spun z rzesza 200 mykologów na całym świecie i zrobili mapę jak działa grzybnia, można sobie powiększyć, nawet Kraków można powiększyć, zobaczyć ile tych grzybów ilościowo jest w porównaniu na przykład z Ghaną.
Więc Gana świeci na zielono, jak farba fluorescencyjna, czarny kolor znaczy, że nie ma tych grzybów, a taki granatowe znaczy, że są mikroskopijne, no więc u nas są ciemnozielone te lasy, czyli nasze grzyby, które odpowiadają za tą komunikację to są głównie borowiki, gołąbki i kurki? Nie, kozaki, nie, o kozakach nie, a muchomory.
Borowiki, gołąbki i muchomory, to są trzy grzyby, które tak naprawdę mają największe grzybnie i współpracują z lasem, o dziwo, je jemy, no może oprócz muchomora, tak? Natomiast tam z kolei takim porównywalnym grzybem to są z rodziny pieprzników, czyli kurek. Ale samych owocników tam nie uświadczysz, chyba nie mają takiej potrzeby, bo nie ma tej sezonowości, nie ma zimy.
I o ile u nas ta wymiana grzyba i drzewa następuje, ta współpraca na powierzchni tych korzeni przybyszowych, drzew, czyli jakbyś przekroił, no to wszystko się odbywa dookoła. Oplatają grzybnie, strzępki grzybni oplatają taki korzeń i tutaj następuje wymiana surowców, informacji, węgla i fosforów i tak dalej.
J: I cukru.
Ł: I cukry, tak. No chyba cukry to też węgiel, nie?
J: No w sumie.
Ł: No i, no mniejsza oto, to trzeba się zagłębić. Jak ktoś jest zainteresowany, to jest dużo tych opracowań. My to gdzieś tam też mamy na tych naszych, mamy takie drzewo życia, gdzie pokazujemy różne działania na różnych kontynentach. No i akurat w Polsce to jest ta A, czyli my to sobie nazwaliśmy A, system, że oplata ten korzeń.
Natomiast w Ghanie już jest A i przede wszystkim B, gdzie, ponieważ nie ma zimy, nie ma tego zagrożenia przemrożenia korzenia czy tam grzyba, grzybni, to grzyb wchodzi już na poziomie komórkowym, czyli ładuje się do środka korzenia.
J: Przerasta roślinę od środka.
Ł: Przerasta roślinę od środka. I to wszystko się dzieje mikroskopowo, więc nasz projekt, to co my pokazujemy tak naprawdę w tych strefach UV, to jest nasza taka opowieść o tej magii, która się odbywa, której tak naprawdę nie widzimy. No widzimy efekt w postaci 60-metrowych drzew. No tak. Gdyby nie te grzyby, to te lasy by nie istniały w takiej formie.
J: No tak, mają po prostu potężną siłę ssania dzięki tym grzybom, bo grzybnia pomaga im korzystać z zasobów glebowych.
Ł: Tak, tak, no dokładnie. To tak jak sportowcy na sterydach, nie?
J: No tak, z szerokimi strzykawkami.
Ł: Tak, no tak, tak, dokładnie. Jak jesz odżywki, takie rzeczy, tam to jest naturalne.
J: No dobra. Weź powiedz jeszcze parę słów w ogóle na temat samego Acrylic One, bo to jest bardzo ciekawy materiał. Może ktoś by się zainspirował jego parametrami, możliwościami.
Ł: No ja projektuję ogrody, Jakub projektuje ogrody. Generalnie rozmawiamy tutaj tak naprawdę o ogrodach.
J: Ogrodach w sumie nigdy nie wykorzystywałeś chyba. No chyba że rzeźby Marty.
Ł: Absolutnie wykorzystywałem właśnie w postaci rzeźb.
J: W postaci rzeźb.
Ł: Czyli na przykład, w ogóle sztuka w ogrodzie. Sztuka w ogrodzie, jeśli jest zrobiona z drewna, nie jest to pod dachem, to jest to sztuka, która ma się rozłożyć, tak jak zbutwiały pień w lesie, nie? I to też może być fajne. No ale kto zainwestuje w taką sztukę, która mu się ma rozłożyć? Kupujesz kulę drewnianą, która po powiedzmy pięciu latach, zanim zapłacisz kupę kasy, bo wyprodukowanie kosztuje dużo, po prostu ci się rozleci.
J: To jest sztuka drewna, która staje się sztuką grzyba.
Ł: Jak ktoś ma taką fantazję, ale jak ktoś chce coś bardziej trwałego, no to Acrylic One jest idealny, dlatego że nie kosztuje tyle co brąz. Nie trzeba tego w takich trudnych warunkach szukać, odlewnika przewozić. Jest to materiał, który tworzy cienką ściankę, nie wiem, od trzech do pięciu milimetrów, zbrojoną. I my mamy takie rzeźby na swoim ogrodzie, które są robione właśnie z tych materiałów.
Potem są malowane, potem są zabezpieczane takim specjalnym sealerem, niezwykle mocny lakier, który zabezpiecza zwykłe akrylowe farby, kładzione na ten acrylic. No i trzy, cztery lata, mróz, nic się z tym nie dzieje. No mech na tym rośnie, to można umyć to może niekoniecznie kerszerem, ale jakąś gąbką, detergentem i jest rzeźba nowa.
Poza tym bardzo łatwo robi się renowację tego materiału. Jak gdzieś coś nawet komuś spadło, ukruszyło się, ubiło, to jest bardzo twardy materiał, ale jednak nie jest to brąz. To można w łatwy sposób naprawić to.
J: Bo on naturalnie jest w kolorze takim kremowym powiedzmy.
Ł: No tak, to jest taka powiedzmy kość słoniowa. Bardzo ładnie wygląda na przykład z dodatkiem jakichś piasków kwarcowych. To wtedy wygląda trochę jak z takim pieprzem, z taką morą. Świetne barwniki są do tego, więc można zabarwić to w masie, to może być w każdym kolorze odlane, barwione w masie.
J: Ale sam w sobie akrylik dla swojej trwałości zewnętrznej nie wymaga impregnacji, tylko farby wymagają powłoki.
Ł: Tak, tak, raczej tak.
J: Żeby nie blakły.
Ł: No, a czy sealerem też można zrobić? To tam na pewno ta przesiąkalność tego materiału, no każdy materiał, nawet grys nasionka wiadomo. A więc jak gdyby, jeśli pomalujemy tym sealerem zwykły acrylic one, to on na pewno też nie będzie tak glon na nim, bo nie ma tej… pory są zamknięte. O, może w ten sposób.
J: No chyba, że ktoś by chciał, żeby się tak starzało. Czy to nie wygląda atrakcyjnie według ciebie?
Ł: No, słuchajcie, to jest tak. Wszystko zależy, jak już o takich szczegółach rozmawiamy. Jeśli masz biały kość słoniową acrylic one, na tym zacznie rosnąć mech. Oczywiście przyjdzie pora sucha, dwa tygodnie mech wypali się na czarno i rzeźba będzie wyglądać jak brudna.
Tak samo jak kamień kwarcowy, biały z Grecji przywieziony. Pięknie białe otoczaki, to po sezonie masakra. Ale jak na ciemnym ci wyrośnie mech, to nawet jak wyschnie, to też nic się… jest spoko, nie?
J: Czyli jeśli zabarwiony, to patynuje fajnie, ale jak jest jaśniutki, to niekoniecznie.
Ł: Tak, dokładnie.
J: No dobra, to jest ciekawe. A czy to nadawałoby się do na przykład odlewów donic albo rzygaczy?
Ł: Tak, aczkolwiek tutaj faktycznie…
J: Drogo by wyszło na donicę, nie?
Ł: No, ja to liczyłem, więc odwzorowanie jest… Odwzorowujesz szybę szklaną na przykład, tak? Masz powierzchnię wręcz taką, kurde, jak szkło. Jeśli masz odpowiednią formę. Czyli jak wylejesz na szkło, to masz lustrzaną, błyszczącą powierzchnię. Natomiast cenowo, żeby to było trwałe, no bo weźcie pod uwagę, że donica to też tam pracuje w środku, nie? Jeśli mówimy o dużej donicy. To zaleta jest taka, że jest lekkie, ale musi być dobrze przezbrojone, musi być zaslierowane.
J: Lżejsze, znaczy lżejsze niż peta?
Ł: Musi mieć też… No bo słuchajcie, jeśli na przykład coś ma ściankę 3 milimetry i wrzucicie tam ziemi kupę, to zamarznie, to zacznie to pracować. Więc jak gdyby musi być rdzeń zrobiony ze styroduru. Styrodur nie nasionka, a w przeciwieństwie do styropianu.
J: I amortyzuje.
Ł: I amortyzuje, tak. Więc wtedy ścianka jest podwójna, wtedy jest zbrojenie, wtedy jest ten styrodur. Więc jak to wszystko policzyliśmy, to ta donica wychodzi w produkcji bardzo drogo. Można zrobić cuda, ale to… Beton jest tańszy, dużo tańszy. Trzykrotnie tańszy.
J: No to już konkret. No dobra, powiedz mi, czy jako projektant ogrodów czujesz się wzbogacony tą Ghańską podróżą?
Ł: No tak, tak, no słuchajcie, to… Wyobraźcie sobie życie do Egiptu, albo do Maroko. No i byłem w Afryce, byłem w Egipcie. Wielokrotnie byłem w Egipcie, nurkowałem na Rafie. Mam nawet patent płetwonurka. Byliśmy w Izraelu, w Palestynie. No super, nie? Ale to w ogóle nie jest to, słuchajcie. Tak, to naprawdę mieliśmy tą Ghanę ekstremalną.
Byliśmy w Indiach w roku, podróżowaliśmy z przewodnikiem Pascala. Nie mieliśmy wtedy komórki, nie było nawigacji, nie było tłumaczy. A właśnie, okazało się, że w Ghanie językiem narodowym jest angielski, znaczy urzędowym.
No ale to wcale nie znaczy, że każdy gańczyk zna angielski. Uczą się angielskiego, chyba od dzieci zwłaszcza, bo dzieci w szkołach się uczą angielskiego, natomiast oni mają swój dialekt. Jak zacząłem z czatem szukać jaki, to czat mówi, słuchaj, to niech on coś powie do mikrofonu, to się nagra, ja ci powiem jaki to dialekt, nie?
No i on mi wskazał cztery możliwe, w których ta osoba mówiła. No i ja pokazałem Ghańczykowi, który wybiera. No wybrał ten i zaczęliśmy gadać z nim przez czata. Dopiero się dogadaliśmy. Bo po angielsku on udawał, że rozumie, a myśmy udawali, że jest sprawa dograna. Potem się okazało na przykład po stu kilometrach, że nie jest dograna. W ogóle nie jest dograna, że lecimy w złym kierunku.
On powiedział, że musi jechać zatankować, się okazało. A my na przykład powiedzieliśmy, że musimy rozmienić nasze dolary na Ghańskie. No i tak pojechaliśmy, w końcu dojechaliśmy do miejsca, w którym mu się już paliwo kończyło. On stanął i powiedział, słuchaj, no nie pojedziemy nigdzie, bo ja nie mam benzyny, a ja nie wiem, gdzie tu jest stacja benzynowa. I tak się dogadaliśmy. Dobrze, że był internet.
No i w końcu zapytaliśmy się miejscowego, to już była nasza… W ogóle jak im się czegoś nie zorganizuje, to oni to mają na to wyrąbane. Na przykład jak im nie zorganizujesz lepszego, nie wiem, że tutaj sobie możesz usiąść, tu możesz sobie to zrobić, tutaj kanapkę zjeść. Nie, to on weźmie tam z jakiegoś badyla, zje coś i jemu to wystarczy. To tylko jest twoja wizja, żeby mu zrobić dobrze. To jest śmieszne.
No i w końcu miejscowy nam powiedział, słuchaj, tam i tam jest kantor. No to dobra, pojechaliśmy tam. Na szczęście nasz kierowca uwierzył w to w ogóle, że tam jest ten kantor, że też jest stacja benzynowa. To dwie rzeczy musiały być. I rozmianał pieniędzy na paliwo i ta stacja. No i pojechaliśmy.
Ja zostałem przy samochodzie, pozostała trójka poszła zobaczyć ten kantor. No więc okazało się, nagrali film, pokazali mi to, nie miałem. Okazało się, że są cztery patyki, jakieś tkaniny i tam leży jakiś gość, jara zioło i się go pytają, że przyszli rozmienić pieniądze. On mówi, jest, okej, to jest tutaj bardzo dobrze. Ile tego macie? No 200 dolarów. No, bardzo dobrze.
I on nawet nie wstał w ogóle, leżał tak jak Rzymianin. Jarał to zioło dalej, wyciągnął spod poduszki pieniądze. Całkiem dobry kurs. Przyszli, pokazali mi film. Po prostu sobie nie wierzę, nie? W buszu wymiana pieniędzy spod poduszki. No i potem pojechaliśmy. A stacje mają bardzo ładne.
Tutaj muszę przyznać, że tam przy każdej stacji jest sklepik, można kupić schłodzoną wodę. Z reguły można się za stacją wysikać w takich murkach. Jest ten ubikacja czasami, a czasami są tylko te murki. Ale generalnie stacja wygląda jak taka europejska, nie? Na przykład Shell czy jakaś tam inna.
No i zatankowaliśmy i już byliśmy happy, że tak, że nie zostaniemy w nocy w tej dżungli. No, także egzotyka była. Była dla nas. A jeszcze nam w ogóle Wojtek powiedział, że pod żadnym pozorem nie możemy podróżować w nocy. A tam słuchajcie, jest tak, że w tej chwili te drogi, które remontują, znaczy robią nowe i bezdroża, no to jak się jedzie tam 268 kilometrów. Osiem godzin.
Dwieście sześćdziesiąt osiem kilometrów. To raz się powiedziałem, to raz się pyknę w dwie godziny, nie? W Polsce. To zupełnie nie trzeba przedstawić. Jak nam zostało 28 kilometrów, nas noc zastała i poszliśmy. No, kierowca powiedział, że musi się przewietrzyć, tak? Poszliśmy się wysikać. I stanęliśmy w bezdrożu w dżungli. Żadnych zabudowań, nie było niczego, nie? Słuchajcie, nic, ciemno. No i jest lampy pozycyjne i my się patrzymy, a tam po prostu po tym bezdrożu chodzą ciemni ludzie.
J: Okej.
Ł: Ciemnoskórzy, nie? Po prostu wyszli stamtąd, o kurde, no było grubo. A jeszcze tam bez maczety nikt się nie rusza, więc każdy z nich miał maczetę. Nieważne, czy dziecko, czy kobieta w ciąży z dzieckiem na plecach. Trochę się tak, włos na głowie i na plecach jeżył.
J: Będziesz przenosił ghańskie inspiracje do praktyki projektowej przy zakładaniu ogrodów?
Ł: Nie, nie myślałem o tym zupełnie. Za wcześnie, wiesz, tę gawędę robisz ze mną na ten temat.
J: Chciałem na gorąco.
Ł: Nie przyszło mi to do głowy, bo to się nie da chyba. Tak na pierwszy rzut oka myślę, że to się nie da. Sztukę stamtąd, którą przywieźliśmy, jakby ktoś chciał mieć egzotykę w ogrodzie, to faktycznie, z całym czystym sumieniem mogę powiedzieć, lepiej kupić u Marty rzeźbę niż kupić jakąś palmę. To się przyjmie. Można mieć taką, no poważnie, taką egzotykę można mieć.
J: Nie przemarznie.
Ł: Palma nie wiadomo jaka będzie, nie? Czy tam miłka ci przemarznie, nie przemarznie, czy się przyjmie, czy nie przyjmie. Poza tym trochę dziwnie wygląda w naszym ogrodzie taka obca roślina, chyba że ma się oranżerię, szklarnie.
J: Zgadzam się w stu procentach.
Ł: Ale rzeźba taka egzotyczna, jak najbardziej.
J: No macie formę, będą się rodzić jakieś rzeczy, połączenia.
Ł: Tak, tak, tak, to na pewno.
J: To też opowiem, możesz sobie oczywiście wejść na stronę martha.mulawa i popatrzeć na portfolio, ale robią takie akcje, że na przykład taką korzenioplastykę czy pnioplastykę, że łączą fragmenty właśnie drewna z rzeźbami odlewnymi z akryliku. I ten akrylik też sprawia, że to wszystko bardzo płynnie się ze sobą łączy, a później pomalowane wygląda tak, jakby stanowiło jedną integralną całość jeszcze z różnymi właśnie powłokami, czy tymi farbami, UV. I to wszystko jest dosyć…
Ł: Tu muszę zrobić małe sprostowanie, bo jednak drewno pracuje, akrylik nie pracuje. Więc jeśli robimy taki mariaż z różnych materiałów, to to jest taka rzeźba z lasu, oryginał. Nie chcemy tego sprzedać z dwóch powodów. Pierwszy powód jest taki, że to nie jest całkiem wodoodporne. Dwa, że pracuje różnie, więc nawet jeśli tam zrobimy delatację. Natomiast nawet dla siebie robimy z tego formy i potem odlewamy całość z akryliku.
J: Żeby była stabilna.
Ł: Bo akrylik wygląda jak drewno i wtedy jest wszystko stabilne, wodoodporne na zewnątrz. Albo też możemy odlać z brązu. To już jest całkiem trwałe, więc wtedy to już nie jest zupełnie korzenioplastyka. Tylko to jest połączenie natury z rzeźbą. I jeśli chodzi o tam stronę Marty, to mamy tam blog Kingdom Fungi Ghana. Więc też na bloga można wejść.
I to będziemy teraz uzupełniać. Tam jest dużo zdjęć z naszej pracy w terenie i u Wojtka na rezydencji. I teraz po przyjeździe będziemy uzupełniać, bo tam na miejscu na bieżąco nie mogliśmy tego robić, bo pracowaliśmy w tym muzeum w cztery osoby przez trzy doby od ósmej rano do dwudziestej bez żadnej klimatyzacji. Słuchajcie, oni w muzeum nie mają klimatyzacji. Mają tylko wentylatory.
J: Przyzwyczajeni.
Ł: Ukradliśmy im te wentylatory z ekspozycji stałej i przenieśliśmy do naszej zamkniętej strefy, gdzie robiliśmy wystawę.
J: Żeby przeżyć.
Ł: Żeby przeżyć, ale te wentylatory buczały i potem nam w głowach huczało. To było czyste zło.
J: Wiesz, jak słucham ciebie, też obserwowałem relacje, które wysyłałeś na bieżąco w prywatnych kanałach, to zastanawiam się, już od dawna się zastanawiam nad takim wątkiem. Wiesz, życie jest krótkie, dużo rzeczy do robienia i głowa ciągle podpowiada coś fajnego. I gdzie podróżować?
I na przykład mocno stoję na takim stanowisku, że wolę podróżować do krajów, które są bardziej rozwinięte, które mają tą kulturę ogrodową taką, na przykład jak byłeś w Japonii, albo Anglii na przykład. To takie dwa ekstremalne przykłady, gdzie jest zupełnie inna, ale jednak bardzo mocno osadzona w tradycji, w wiekach ta kultura, od której można się uczyć, można czerpać.
A podróżować do krajów uboższych? Tak, inspirować się naturą przede wszystkim, bo na pewno nie dokonaniami człowieka, który jakby nie dotarł tam, gdzie my jesteśmy.
Ł: No teraz tak myślę pod tym kątem, bo już zadałeś mi pytanie jakiś czas temu, ale gdybym miał coś stamtąd przenieść z Ghany, to w zależności od tego, jakie ktoś ma warunki. Gdyby ktoś miał taką działkę, a raz robiłem ogród w takiej działce, gdzie klient miał za płotem jeszcze spory kawał wąwozu z lasem, z dużym.
No i tak, to ja bym mu już od razu tutaj zaproponował słuchaj, robimy molo. Robimy molo w przestrzeni, bo wąwóz bardzo mocno skarpa idzie w dół, jakieś 15-20 metrów. Masz tutaj wysokie drzewa. Wąwóz jest w zaciszu od wiatru, więc gdybyśmy poprowadzili taki most linowy między drzewami, który się kończy tak jak molo w morzu i jesteś w środku lasu.
J: Takim widokowym takim.
Ł: Tak, idziesz po prostu w najwyższe miejsce tego, nad najniższym miejscem tego wąwozu. Idziesz po takich linach, masz taką adrenalinę. No to jest jedna rzecz. To na pewno. I tutaj faktycznie można ten dziki las sobie można było tak zrobić trochę jak w Ghanie, że można go piętrowo urządzić przez ingerencję i to byłoby fajne. To jest jedno.
A no i przede wszystkim sceny, sceny świetlne w nocy, to byłaby bajka. Ale to już taka właśnie interpretacja artystyczna. A druga rzecz to jeśli ktoś faktycznie ma taką, nie wiem, ma na przykład jezioro albo stawy. O, na przykład stawy. Miałem taki ogół też faktycznie. Klient miał dwa hektary stawów. To bym mu od razu teraz zaproponował, słuchaj, nie robimy żadnej wyspy na tym.
Tak jak wcześniej zaprojektowałem wyspę w kształcie boomerangu z plażą, z taką niższą wnęką, z taką zatoką i to miał być las deszczowy. Teraz bym mu zrobił po prostu taką Wenecję. Tak, Wenecję na palach, że po prostu idzie sobie uliczkami. Tak, to by się dało zrobić. Ale to mówię o takich grubszych historiach. Nie mówię o ogródkach budżetowych.
J: No wiem. Ale takie lubimy, grubsze historie.
Ł: Ale park można też tak fajnie zrobić. To już taka większa inwestycja.
J: W jakiej technice te pomosty linowe były robione? Pewnie syntetyczne liny, nie?
Ł: Nie.
J: Nie?
Ł: Nie, z tego co pamiętam to naturalne. Musiałbym ci przejrzeć, ale… Znaczy, na pewno to, co było zawieszone na linach, to co ci chodziło, to była aluminiowa drabina, wąska. Taka dosłownie, że jakbyś starą, to jest dwie stopy przy sobie, nie? Czyli może miała 40 centymetrów i na szczeblach tej drabiny to nie była drabina do wychodzenia.
Ona była specjalnie pod to chyba zamówiona. Na szczeblach tej drabiny była po prostu deska. Taka typu sklejka, czy coś takiego. No i bardzo wysokie liny, także liny były na wysokości twarzy. I to wszystko zakratowane, że ledwo rękę się dało przełożyć. Aha, gęsta siatka, okej. Tak.
J: Z tej liny?
Ł: No, z tych lin, tak, tak. Oni to pewnie…
J: Plotą z czegoś.
Ł: Tak, w ogóle to było bardzo fajnie, na tych drzewach też przywiązane, żeby nie wbijało się w te drzewa. No i jak na przykład byliśmy w pierwszy dzień się dogadywać, to było zaraz po burzy, więc powiedzieli nam, że jak jest mokro, to park jest zamknięty. No i jest ślisko, niebezpiecznie.
J: Jasne.
Ł: No i burze, nie? Są też.
J: No tak. No dobra, no ale co? Nie polecasz innym wycieczki do Ghany?
Ł: Tak jak powiedziałem, jeśli ktoś szuka ekstremalnych wrażeń, właśnie nie chcę, tak jak powiedziałeś, z cywilizowanych krajów, to trochę dość. Chcę zobaczyć taką Afrykę, jeszcze taką surową, no to polecam. Ale to trzeba się liczyć z tym, że jak sobie weźmiecie tani hotel bez klimatyzacji, to będzie źle. O spanku to zapomnijcie, nawet jak będziecie bardzo zmęczeni.
J: No ale Wam dużo pomogło to, że mieliście tego protektora.
Ł: No tak, tak, ten komfort był potrzebny. W ogóle byliśmy w szoku, jak nam książę zafundował kolację po wernisażu. To pojechaliśmy do takiego miejsca w stolicy, gdzie jakiś libańczyk w ogóle otworzył taką knajpę. Możesz zobaczyć ryby, które tam pływają. Zamówić sobie to i tamto.
Przedziwne rzeczy były na tej kolacji. Łącznie z ciekłym azotem, który tam parował z kieliszków jako dekoracja. No ale krewetka była wielkości naszego pstrąga tęczowego. No to takie można jeść. To było bardzo smaczne. Jego hotel też był niesamowity. Ale to był bardzo drogi hotel. Dostaliśmy tam śniadanko, kawusie, piweczko, a potem obiad. Więc to w Ghanie tak się nie je. Tylko w najdroższych miejscach, które też są.
J: No dobra, fajnie. Dzięki piękne, że się podzieliłeś na gorąco. Tak jak powiedziałeś, to wszystko jest jeszcze bardzo świeże. Także niech czas pokaże, co z tego się urodzi. Będę obserwował z przyjemnością.
Ł: Jeszcze na koniec taka dygresja, bo teraz myślę, czy polecam, czy nie polecam. No słuchajcie, narzekałem na ten upał. Narzekałem na hałas, na brud, na spaliny. Czasami na tę bylejakość. I teraz jak wróciliśmy do Polski, to ciężko jest mi się przestawić. Ja wszedłem do sklepu. Miałem listę zakupów, kupić tylko to i to. I to sobie zrobić, bo tak sobie obiecałem, że jak przyjedziemy, to ja sobie zrobię jakąś kolację.
Wszedłem do sklepu, do Biedronki. Ja tam spędziłem godzinę, bo się zawiesiłem oglądając te regały. Wiem, co to jest Biedronka. Miesiąc mi to nie było. Wszedłem przez te regały i nie mogłem uwierzyć, że jest tyle rzeczy. Raczej starałem się kupić to z listy, ale zgłupiałem. A potem pojechałem jeszcze do Lidla, bo chciałem sobie w Lidlu kupić coś, co miałem na liście. I znowu to samo, godzina w sklepie. Kurczę, oglądanie regałów. Turysta z Ghany.
J: Znam sporo takich opowieści i nawet parę osób, które właśnie postawiły na biznes z Afryką. I właśnie na tej fali, że tam nie ma za wiele. I wystarczy naprawdę prosty pomysł. U nas już są powszechne usługi czy powszechne dobra, a tam robisz rewolucję i kosisz zyski z rynku.
Ł: Nie, koniecznie. W Ghanie nie. Nie, chyba nic nie skosisz. Znaczy tam są takie kurorty, one się chyba szykują na to wielkie pchnięcie i turystyka. Ale tak, turystów, tak jak powiedziałem, naliczałem na palcach jednej ręki przez miesiąc. Więc jest, nawet w tych kurortach. Więc tych turystów jest mało. Więc nie ma za bardzo na kim kosić.
W takich sklepach, supermarketach to też prawie nie było w ogóle ludzi, tylko my. Więc ktoś to zainwestował. I się zastanawiałem, czy to jest pralnia pieniędzy, czy oni chcą być pierwsi i mają taki bufor, żeby poczekać na tą turystykę.
J: Nie, ale to miałem na myśli takie rzeczy, że tak powiem, codziennego użytku, czy pierwszej potrzeby. No, pralki do prania, w ogóle środki czystości, nie wiem, elektronika, jakieś usługi takich, wiesz, codziennych sprawach. Elektronikę. Jakieś usługi, takie wiesz codziennych… Stacje benzynowe, tak jak powiedziałeś.
Ł: Elektronikę.
J: Rzeczy, które dla nas są oczywiste, bo jest ich tutaj mnóstwo. A tam dopiero stają się jakąś nowością. Może już teraz się nie stają.
Ł: Nie, to wszystko tam jest z Aliexpress. Mają sklepy na ulicy z dużymi, 40-calowymi telewizorami, gdzie są zakurzone od… Ja nie wiem, jak to funkcjonuje, ale funkcjonuje, nie? Tam po prostu deszcz nie pada, to oni chyba na noc to przykrywają folią. Ale mają całą masę elektroniki. Akurat tego nie brakuje.
Brakuje dobrego jedzenia. O, okej. Oni nawet na przykład żółty ser, to jak im pokazałem, jak wygląda żółty ser w telefonie, to powiedzieli, że oni nie wiedzą, co to jest.
J: O, okej, ciekawe.
Ł: No i mam… Książę kupił maszynę do robienia tostów. To sobie myślę, o, tosta sobie zjem, bo tutaj sobie nie pozwalam na to w Polsce. No ale tak, mam chleb do tostów, wszystko mam, ale nie mam żółtego sera, nie? No to jak zrobić tosta?
J: Koziego sera nie mieli? Dużo jest kóz w Afryce.
Ł: No tak, ale to oni chyba piją mleko z tego sera, nie? Aha, z tego sera nie robią. Nie, w ogóle ani białego, ani żółtego sera nie ma u nich.
J: No ciekawe.
Ł: No. A z kozy to zupę robią. Tylko się nie da tego zjeść, bo to jest tak twarde, że… Nie wiem, chyba połykają w całości tą skórę z czymś tam. Nie polecam.
J: Ciekawe. Powiedziałbym, że no, muszę to zobaczyć, ale nie powiem, bo jednak chyba zaspokoi się twoją opowieścią i chyba nie będę się do Ghany wybierał.
Ł: No tak grillowany banan na przykład, taki pastewny, tak bym to mógł powiedzieć, to jak ziemniak. No surowego nie zjesz, jak ugotujesz, jest ziemniak pyszny. Oni mają te swoje banany, które grillują, albo smażą na głębokim oleju i wtedy masz takiego skwarka chrupiącego mniej lub bardziej. Albo na przykład masz grillowanego banana, on smakuje jak te kasztany na placu Pigal. Dobry jest, da się to zjeść, no ale to…
J: Dobry jest, da się to zjeść.
Ł: No cóż, jeśli ktoś kulinarnie chce, to nie, to Ghana odpada.
J: Dobra, super, dzięki ci za twoje wrażenie, super. Do usłyszenia.
Ł: Do usłyszenia, pozdrawiam wszystkich.
Jesteś projektantem?
Cenisz nasze merytoryczne publikacje? Zapraszamy Cię do wspólnego rozwoju, biznesu i integracji.
Jesteś właścicielem działki?
Szukasz wsparcia przy aranżacji ogrodu?
Zajmujemy się kompleksowo procesem projektowo – wykonawczym. Wypróbuj możliwości naszego zespołu.
Szukasz czegoś innego?




